Call of Duty: Infinite Warfare - Recenzja gry

Call of Duty: Infinite Warfare - Recenzja gry

Z serią Call of Duty wiąże się swoisty paradoks. Pierwsze zapowiedzi zalewane są falą pomyj, a środowisko graczy wiesza na deweloperach psy za wtórność gameplay'u - po czym lekką ręką 10 mln osób biegnie do sklepów po swą kopię. I tak co roku. CoD-a umiłowali sobie zwłaszcza posiadacze konsol, gdzie rzeczona marka od zawsze cechowała się płynnością animacji na poziomie 60 kl./s, co pozwoliło na osiągnięcie zwiększonej dynamiki rozgrywki na tle konkurencyjnych shooterów. Od jakiegoś czasu można jednak odnieść wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem Call of Duty stacza się po równi pochyłej, natomiast deweloperzy tworzący tę serię niespecjalnie wiedzą jak reagować. Czy najnowsza odsłona, opatrzona podtytułem Infinite Warfare, ma szanse odwrócić niekorzystną tendencję?

Licząc dodatki i spin-offy dla konsol przenośnych, COD: IW to 18. odsłona serii.

Call of Duty: Infinite Warfare - Recenzja gry

Za tegoroczną odsłonę odpowiada samo Infinity Ward, mające w portfolio m.in.: dwie pierwsze, drugowojennne odsłony cyklu, a także powszechnie chwaloną trylogię Modern Warfare. Brzmi to obiecująco, aczkolwiek trzeba pamiętać, że największe sukcesy kalifornijskiego studia przypadają na 6. i 7. generację konsol. Na PS4 i Xboksie One ukazał się tylko nijaki Ghosts, którego jakość najlepiej podsumowuje decyzja o braku kontynuacji. Z nowo wydanym Infinite Warfare ma być inaczej, przynajmniej w optymistycznych wizjach twórców - ci jeszcze przed sklepowym debiutem tytułowali najnowsze Call of Duty mianem prekursora kolejnej podserii. Sztandarowym motywem zostało w tym przypadku umiejscowienie akcji w przestrzeni kosmicznej. Tym samym Infinity Ward ostatecznie zerwało z jakkolwiek realistycznym uniwersum na rzecz absolutnego Sci-Fi, skądinąd muśniętego wcześniej w ramach wspomnianego wyżej Ghosts.

Tegoroczne Call of Duty przedstawia fikcyjny konflikt dwóch organizacji walczących o prymat w Układzie Słonecznym: KONZ oraz FOK. Tradycyjnie mamy tutaj wyraźnie zarysowany podział na dobrych i złych, a nasz protagonista, Nick Reyes, reprezentuje oczywiście tych pierwszych. Skłamałbym twierdząc, że fabuła w jakikolwiek sposób odstaje od praktykowanego przez lata schematu. Znacznie zmodyfikowano natomiast sposób prowadzenia narracji. Ustawienie Reyesa w roli kapitana lotniskowca pozwoliło chociaż częściowo ukryć liniowość rozgrywki, budując zarazem wrażenie ciągłości wydarzeń, a całość po raz pierwszy w historii serii oparto na modelu przyczynowo-skutkowym. Dodano ponadto liczne misje poboczne...

Piotr Urbaniak
Piotr Urbaniak Redaktor naczelny

Student informatyki, niekoronowany król ITHardware.pl ;)

Zgłoś autorowi błąd na stronie

Komentarze