Przełom technologiczny rzadko wygląda jak przełom w chwili, gdy się rozpoczyna. Zwykle jest mały, niedoskonały i początkowo traktowany jako ciekawostka. Dopiero po latach okazuje się, że to właśnie on rozpoczął proces, który pozbawił znaczenia produkty i firmy dominujące przez dekady.
Dziś podobny moment może przeżywać europejski przemysł obronny. Na pierwszy rzut oka trudno porównywać fotografię cyfrową Kodaka z bezzałogowymi systemami wykorzystywanymi podczas wojny. W obu przypadkach pojawia się jednak podobny problem: technologia nie musi być lepsza od istniejącego rozwiązania pod każdym względem, aby radykalnie zmienić jego ekonomiczną wartość.
Tanie drony stawiają przed europejskimi producentami pytanie znacznie trudniejsze niż to, czy bezzałogowce są przydatne na współczesnym polu walki. To już zostało wielokrotnie udowodnione. Pytanie brzmi, czy sposób projektowania, finansowania i kupowania uzbrojenia nadal odpowiada realiom konfliktów, w których liczba, szybkość produkcji i koszt pojedynczej jednostki mogą mieć ogromne znaczenie.
Kodak wiedział, że nadchodzi fotografia cyfrowa
Historia Kodaka jest często przedstawiana jako opowieść o firmie, która nie zauważyła nadejścia fotografii cyfrowej. Rzeczywistość była znacznie bardziej skomplikowana. Kodak znał tę technologię i sam rozwijał aparaty cyfrowe.
Problem polegał na czymś innym. Fotografia cyfrowa przez długi czas nie dorównywała tradycyjnej kliszy pod względem jakości, wygody czy kosztów. Dla przedsiębiorstwa zbudowanego wokół sprzedaży filmu cyfrowy aparat nie wyglądał jak oczywisty następca dotychczasowego produktu.
Podobną historię można opowiedzieć o Blockbusterze i streamingu. Początkowo internetowe usługi miały ograniczoną bibliotekę, wymagały szybkiego połączenia i nie oferowały doświadczenia porównywalnego z dobrze zaopatrzoną wypożyczalnią.
Dopiero zmiana ekonomii sprawiła, że przewaga zaczęła przechodzić na drugą stronę.
Właśnie dlatego porównanie z europejskim przemysłem obronnym jest interesujące. Nie chodzi o twierdzenie, że czołgi, artyleria czy zaawansowane systemy rakietowe nagle przestały mieć znaczenie. Chodzi o możliwość pojawienia się nowych sposobów osiągania podobnego efektu przy wielokrotnie niższym koszcie.
Dron za kilka tysięcy euro kontra cel wart miliony
Wojna na Ukrainie stała się jednym z najważniejszych poligonów doświadczalnych dla współczesnych bezzałogowców. Drony służą tam do rozpoznania, naprowadzania ognia, atakowania celów, zakłócania działań przeciwnika i wykonywania misji, które jeszcze niedawno wymagały znacznie droższych platform.
Przełom technologiczny rzadko wygląda jak przełom w chwili, gdy się rozpoczyna. Zwykle jest mały, niedoskonały i początkowo traktowany jako ciekawostka. Dopiero po latach okazuje się, że to właśnie on rozpoczął proces, który pozbawił znaczenia produkty i firmy dominujące przez dekady Najważniejsza obserwacja nie dotyczy jednak pojedynczego modelu drona.
Chodzi o relację między kosztem środka ataku a wartością celu.
Jeżeli stosunkowo tani bezzałogowiec może uszkodzić albo zniszczyć sprzęt wart miliony euro, pojawia się problem ekonomiczny. Obrońca musi wydać pieniądze na wykrycie zagrożenia, jego identyfikację i neutralizację. Atakujący może natomiast produkować kolejne urządzenia w dużych ilościach. Ta różnica nabiera znaczenia przy działaniach prowadzonych na dużą skalę.
Dron nie musi zastąpić czołgu. Nie musi również zastąpić artylerii czy pocisku manewrującego. Może natomiast stać się kolejnym sposobem wykonania konkretnego zadania wojskowego, a wtedy porównanie zaczyna dotyczyć nie tylko parametrów technicznych, lecz także ceny, dostępności i tempa produkcji.
Rheinmetall ostrzega przed zbyt łatwymi wnioskami
Debata na temat przyszłości europejskiej obronności została dodatkowo podgrzana przez wypowiedzi prezesa Rheinmetall Armina Pappergera dotyczące znaczenia tanich ukraińskich dronów. Można je interpretować jako sceptycyzm wobec przekonania, że bezzałogowce będą odpowiedzią na większość problemów współczesnego pola walki. I jest ku temu wiele powodów.
Drony mają ograniczenia. Są podatne na zakłócenia, wymagają odpowiednich systemów komunikacji, a ich skuteczność zależy od warunków operacyjnych. Nie zastąpią każdego rodzaju uzbrojenia.
Jednocześnie właśnie takie ograniczenia często powodują, że nowe technologie są początkowo niedoceniane. Ich pierwsze wersje nie muszą być doskonałe. Wystarczy, że w określonym zastosowaniu oferują wystarczającą skuteczność przy znacznie niższej cenie. To może być dla dużych producentów znacznie trudniejsze wyzwanie niż pojawienie się kolejnego konkurencyjnego produktu.
Europa produkuje świetne systemy. Problemem może być ich liczba
Europejski przemysł obronny dysponuje ogromnymi kompetencjami inżynieryjnymi. Powstają tu zaawansowane samoloty bojowe, czołgi, systemy artyleryjskie, pociski i systemy obrony powietrznej. Ich rozwój trwa jednak długo, a produkcja zaawansowanego uzbrojenia wymaga rozbudowanych łańcuchów dostaw.
Komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius zwracał uwagę na problem europejskiej produkcji broni określanej mianem „haute couture”. Chodzi o systemy bardzo zaawansowane technologicznie, których produkcja jest kosztowna i trudna do szybkiego zwiększenia. W czasach, gdy armie potrzebują niewielkiej liczby najbardziej wyrafinowanych platform, taki model może działać bardzo dobrze.
W konflikcie, w którym przeciwnik może wykorzystywać tysiące tanich bezzałogowców, rachunek zaczyna wyglądać inaczej. Nie wystarczy mieć najlepszy system. Trzeba jeszcze posiadać wystarczającą liczbę systemów zdolnych do jego wykrywania i neutralizowania.
Najtrudniejsze pytanie dotyczy nie technologii, lecz pieniędzy
Europa przygotowuje ogromne programy zwiększania wydatków obronnych. Program SAFE oraz inne inicjatywy mają zapewnić państwom europejskim środki na rozwój zdolności wojskowych i zwiększenie potencjału przemysłowego. To inwestycje podejmowane na lata.
Dlatego wybór technologii będzie miał konsekwencje znacznie dłużej niż pojedynczy cykl budżetowy. Jeżeli większość pieniędzy trafi do projektów wymagających wielu lat rozwoju, Europa może uzyskać bardzo zaawansowane systemy, ale jednocześnie mieć ograniczoną zdolność do szybkiego uzupełniania strat.
Jeżeli natomiast większa część środków zostanie skierowana na tanie, masowo produkowane systemy, pojawi się inne ryzyko. Zaawansowane platformy nadal będą potrzebne, a ich brak może pozostawić wojsko bez zdolności, których nie da się zastąpić setkami prostych dronów. Nie ma więc prostego wyboru między „drogim” i „tanim”. Największym wyzwaniem może okazać się stworzenie armii, która potrafi wykorzystywać oba podejścia jednocześnie.
Volkswagen może produkować pociski
W ostatnim czasie pojawiły się informacje dotyczące potencjalnego zaangażowania Volkswagena w produkcję obronną, między innymi w obszarze pocisków przechwytujących. Pomysł pokazuje, jak mocno Europa zaczyna myśleć o zwiększeniu zdolności przemysłowych.
Jednocześnie pojawia się pytanie o skalę. Jeżeli Europa chce być zdolna do prowadzenia długotrwałego konfliktu, musi nie tylko posiadać nowoczesne uzbrojenie. Potrzebuje również fabryk, dostawców, komponentów i pracowników zdolnych do utrzymania produkcji przez długi czas.
W przypadku dronów dochodzi jeszcze jeden element. Ich konstrukcja pozwala na znacznie szybsze iteracje niż w przypadku klasycznych platform wojskowych. Nowa generacja może pojawić się w ciągu miesięcy, a nie dekad. Dla tradycyjnego przemysłu obronnego oznacza to konieczność zaakceptowania tempa rozwoju bliższego branży technologicznej.
Europejski przemysł stoi przed testem, którego nie da się zdać samą jakością
Największym zagrożeniem nie jest fakt, że drony są lepsze od tradycyjnego uzbrojenia.
Nie są.
Problem pojawia się wtedy, gdy państwo lub armia zaczyna potrzebować ogromnej liczby stosunkowo tanich systemów, a przemysł potrafi dostarczać przede wszystkim niewielką liczbę bardzo drogich konstrukcji. Wtedy nawet doskonałość techniczna może nie wystarczyć.
Kodak nie przegrał dlatego, że jego aparaty analogowe nagle stały się bezużyteczne. Przez długi czas były świetnymi produktami. Problem pojawił się wtedy, gdy kluczowym kryterium zaczęły być inne cechy.
W przypadku obronności mogą nimi być koszt, tempo produkcji, możliwość szybkiej modernizacji i zdolność do ponoszenia strat bez paraliżowania całego systemu.
Czy Europa rozpozna sygnał wystarczająco wcześnie?
Najciekawszy etap tej historii dopiero się rozpoczyna. Europejskie państwa mają przed sobą ogromne programy modernizacji armii. Decyzje podejmowane dziś będą finansować rozwiązania wykorzystywane przez wiele kolejnych lat.
Drony są tylko jednym z elementów tej układanki. Równie istotne stają się systemy antydronowe, sztuczna inteligencja, automatyzacja, produkcja amunicji, tanie sensory oraz technologie umożliwiające szybkie projektowanie kolejnych generacji sprzętu.
Jeżeli europejski przemysł potraktuje te rozwiązania wyłącznie jako dodatek do istniejących platform, może przegapić ważną zmianę w sposobie prowadzenia działań wojennych.
Jeżeli potraktuje je jako część nowego modelu produkcji uzbrojenia, będzie musiał przebudować nie tylko fabryki. Potrzebne będą także inne procesy zakupowe, krótsze cykle projektowe i większa tolerancja na szybkie eksperymenty.
To właśnie tutaj kryje się najważniejsza lekcja historii Kodaka.
Najtrudniej rozpoznać przełom wtedy, gdy stare rozwiązanie nadal działa znakomicie. Europa nie musi wybierać między czołgiem a dronem, między zaawansowanym pociskiem a tanim bezzałogowcem. Musi natomiast odpowiedzieć sobie na pytanie, jaką strukturę przemysłu obronnego chce zbudować w świecie, w którym przewaga technologiczna coraz częściej będzie zależała także od tego, ile urządzeń można wyprodukować, jak szybko można je poprawić i ile kosztuje ich utrata.
Tym razem konsekwencje złej odpowiedzi nie będą dotyczyć bilansu jednej firmy.
Spodobało Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Pokaż / Dodaj komentarze do:
Europa przegapi rewolucję na polu walki. Popełni ten sam błąd co Kodak