Opłata reprograficzna wchodzi w życie. Archaiczna już na starcie?


Opłata reprograficzna wchodzi w życie. Archaiczna już na starcie?

Na początku maja rząd poinformował o podpisaniu nowelizacji rozporządzenia dotyczącego opłaty reprograficznej i opublikował pełną listę urządzeń objętych daniną. W założeniu ma ona rekompensować twórcom możliwość kopiowania ich utworów na użytek prywatny - ideę stworzoną w czasach, gdy kopiowanie było codziennością. W dzisiejszej rzeczywistości, zdominowanej przez streaming i treści dostępne w chmurze, ten model jest niemal całkowicie oderwany od realiów. (Zwłaszcza przy obecnych cenach SSD i kart pamięci!). A jednak, jeśli przyjąć, że opłata po prostu musi istnieć, to zaproponowany przez rząd wariant należy do najłagodniejszych, zwłaszcza na tle dawnych planów, bo w porównaniu z innymi krajami europejskimi już tak różowo nie jest.

W saloonach XIX-wiecznego Dzikiego Zachodu wisiały tabliczki z prośbą: „nie strzelać do pianisty, robi co może”. Ten obrazek wraca do mnie, gdy patrzę na procedowaną od lat koncepcją opłaty reprograficznej - nie tylko dlatego, że tak Polska, jak i Europa XXI wieku potrafi w takich sprawach przypominać Dziki Zachód. Pianistą jest tu rząd, który gra tak, jak potrafi, a największy zarzut, jaki można mu postawić, to to, że robi po prostu zbyt mało. W przestrzeni medialnej zaroiło się od publikacji na temat decyzji rządu, chyba wszystkie krytyczne, opierające się na wybranych wątkach. W naszym opracowaniu postaramy się przyjrzeć opłacie reprograficznej z wielu stron, by każdy mógł sam ją ocenić. Przy czym pominiemy powtarzane w większości publikacji medialnie, clickbajtowe hasła takie jak: nowy podatek, sprzeciwy branży, zapłacą konsumenci, brak kontroli nad podziałem środków, itd.

Dwie strony medalu

Rozporządzenie ministerstwa można krytykować, można aprobować, można nawet je chwalić. Tych ostatnich zostawmy, skupmy się na tych, którzy pieniądze dają, a nie dostają. Dlaczego rozporządzenie można krytykować? Po pierwsze rząd niekoniecznie powinien się zajmować tym tematem. Po drugie, skoro się już nim zajmuje powinien to zrobić, a nie robić w trybie „końca nie widać”. Po trzecie wreszcie, założenia na podstawie których rozporządzenie wchodzi w życie pochodzą z minionej dawno epoki i nijak nie uzasadniają wprowadzenia go. Dlaczego w takim razie można to rozporządzenie aprobować? Po pierwsze dlatego, że po prostu żyjemy w świecie, w którym działa prawo autorskie. Artystom należą się pieniądze, bo ustawa o prawie autorskim dopuszcza prywatne kopiowanie utworów. Skoro można kopiować legalnie, twórcom przysługuje rekompensata - a OZZ zajmują się jej podziałem. Taki mechanizm działa w większości krajów europejskich i taki jest w Polsce. Przyjrzyjmy się wymienionym zagadnieniom. 

Co ma państwo do opłaty reprograficznej?

Zacznijmy od zwrócenia uwagi na pewien szczegół, który nie pojawia się w publikacjach na ten temat. Opłata reprograficzna jest jedynym przypadkiem, w którym państwo nie tylko przyjmuje prywatną inicjatywę, ale wręcz staje się jej wykonawcą. Projekt powstaje poza administracją, lecz to administracja nadaje mu rangę rozporządzenia, zapewnia mu legislacyjne zaplecze i oddaje do dyspozycji Urząd Skarbowy - najpotężniejsze narzędzie fiskalne, jakie posiada. W efekcie prywatny pomysł zyskuje państwową egzekucję, państwowy nadzór i państwową sankcję. W praktyce trudno znaleźć drugi przykład sytuacji, w której mechanizm finansowy wypracowany poza administracją publiczną otrzymuje tak szerokie wsparcie instytucjonalne.

I właśnie dlatego - w kontekście zaangażowania Urzędu Skarbowego - można to śmiało nazwać podatkiem, choć samo ministerstwo unika tego słowa jak ognia, konsekwentnie używając określenia „opłata”, jakby od semantyki zależała istota konstrukcji.

Projekt, który pojawia się i znika

Opłata reprograficzna funkcjonuje w Polsce od połowy lat 90., z ostatnią większą aktualizacją w 2008 r., jako niewielka danina od nośników danych - maksymalnie 3 proc. od dysków, kart pamięci, płyt CD/DVD, a nawet faksów i magnetowidów. Lista urządzeń nie była aktualizowana przez ponad dekadę, co skutkowało jednymi z najniższych wpływów w Europie. W 2013 r. OZZ po raz pierwszy naciskają na reformę: rozszerzenie katalogu urządzeń i podniesienie stawek. Projekt trafia do Ministerstwa Kultury, ale nie jest procedowany.

W 2020 r. temat wraca: ZAiKS proponuje 6 proc. i objęcie opłatą całych urządzeń - smartfonów, tabletów, komputerów, telewizorów. Wiosną 2021 r. ministerstwo „mięknie”: nowa propozycja to 4 proc. i wyłączenie smartfonów, a uzasadnienie zmienia się z piractwa na „dozwolony użytek prywatny”. Tu pojawia się też pomysł, by nad poborem czuwał Urząd Skarbowy. Jesienią 2021 r. Rada Legislacyjna wskazuje, że projekt może naruszać prawo unijne i nie powinien obejmować komputerów firmowych czy administracyjnych. Sprawa ponownie znika, choć w 2023 i 2024 r. rząd zbiera szczegółowe dane o sprzedaży sprzętu - co sugeruje, że prace trwają, ale bez widocznych efektów.

Model rekompensaty nie przystaje do realiów streamingu i chmury.

W 2025 r. rząd aktualizuje dane o sprzedaży sprzętu za 2024 r., co jednoznacznie wskazuje na prowadzenie analiz pod przyszłą opłatę. Mimo to brak jakichkolwiek komunikatów. Rynek czeka, branża dopytuje. Redakcja IT Hardware składa w połowie czerwca 2025 r. oficjalne zapytanie do Ministerstwa Kultury o status prac nad rozporządzeniem. Odpowiedź z 18 czerwca 2025 r. brzmi: „MKiDN nie dysponuje taką informacją ani harmonogramem ewentualnych prac.” W administracyjnej nomenklaturze oznacza to jedno: sprawa nie jest procedowana.

Opłata reprograficzna funkcjonuje w Polsce od połowy lat 90.

A jednak już miesiąc później, 23 lipca, na stronach ministerstwa pojawia się… gotowa nowelizacja rozporządzenia (więcej na ten temat pisaliśmy w felietonie pt. Opłata reprograficzna nie odpuszcza. Historia spóźnionego pomysłu). Z nowymi stawkami (1 proc. na urządzenia, 2 proc. na nośniki) i pełną, szczegółową listą sprzętu. Dokument był tak dopracowany, że musiał powstawać od miesięcy - dokładnie wtedy, gdy ministerstwo oficjalnie twierdziło, że nie prowadzi żadnych prac i nie ma ich w planach. Ministerstwo zataiło fakt trwającego procesu legislacyjnego. Dlaczego? Na to pytanie nie udzielono już odpowiedzi. Jednak mimo praktycznie dokończonej pracy nad rozporządzeniem i deklaracją wg której opłata miała obowiązywać od początku 2026 r. – tak się nie dzieje. A gdy od początku 2026 r. po kilku miesiącach ciszy wydawało się, że sprawa znowu została odłożona, oto 4 maja zostaje ogłoszona ze wszelkimi możliwymi szczegółami, łącznie z obfitymi komentarzami ministerstwa, którymi wyjaśniany jest taki, a nie inny wybór sprzętów i wysokości opłaty.

Uzasadnienie sprzed dekad

Im dłużej trwają prace nad opłatą reprograficzną, tym większym bublem prawnym wydaje się jej kształt. Argumentowanie opłaty tym, że użytkownicy komputerów i smartfonów kopiują i trzymają na dyskach materiały podlegające prawom autorskim w czasach streamingu – jest, najdelikatniej mówiąc, chybione. I gdy za każdym razem, od 2020 r. prace były wstrzymywane pojawiała się nadzieja, że ministerstwo zyskało tę świadomość i szuka innego uzasadnienia. Finalnie, rzeczywiście tak się stało i urząd zmienił retorykę – opłata będzie naliczana nie dlatego, że użytkownicy trzymają na nośnikach pamięci dzieła, ale dlatego, że… mają taką możliwość. 

Należy też pamiętać, że nasz rząd wprowadza dziś opłatę w oparciu o te same założenia, które w krajach zachodnich od lat budzą sprzeciw. W Niemczech, Francji czy Hiszpanii protesty dotyczą nie wysokości stawek, lecz właśnie archaicznego uzasadnienia - przekonania, że użytkownicy wciąż kopiują utwory na własny użytek. Tamtejsze organizacje konsumenckie i część środowisk prawniczych od dawna wskazują, że model rekompensaty nie przystaje do realiów streamingu i chmury. Innymi słowy: w Europie od lat dyskutuje się o tym, że fundament opłaty jest nieaktualny, a w Polsce właśnie na tym fundamencie buduje się nowe rozporządzenie.

Założenia na podstawie których rozporządzenie wchodzi w życie pochodzą z minionej dawno epoki

Wątpliwości budzi też ministerialny dokument pt. „Ocena skutków regulacji”, w którym odnośnie telewizorów, smartfonów i komputerów czytamy m.in.: „Brak jest także kompleksowych danych na temat wartości sprzedaży tych urządzeń w Polsce”. Jak wspomniałem, urząd niejednokrotnie zbierał dane o wielkości i wartości rynku nośników danych płacąc za te informacje niemałe kwoty. Trudno uwierzyć, by ministerstwo nie mogło kupić dowolnych danych, których nie brakuje choćby w agencjach badawczych takich jak IDC czy GfK Polonia. Dane z tych firm pozwalają bardzo precyzyjnie, z dokładnością do kilku procent określić tak ilość jak wartość desktopów, notebooków, smartfonów czy telewizorów. 

Czy to koniec ustaleń?

Na krótkiej liście plusów ostatniej i oby ostatecznej wersji rozporządzenia należy dopisać jeszcze samą wartość opłaty, która wynosi 1 proc. wartości sprzętów jej podlegających. Nośników danych takich jak SSD, HDD, karty pamięci w praktyce liczyć nie trzeba – należny również 1 proc. jest pobierany od bardzo dawna, więc w praktyce nic się tu nie zmienia. Zaś 1 proc. od urządzeń, to bardzo mało, biorąc choćby pod uwagę wcześniejsze propozycje 4 czy nawet 6 proc. A jak wyglądają opłaty w innych krajach europejskich? W większości z nich jest stała opłata za smartfon w wysokości od 3,5 do 6 euro, co w praktyce oznacza podobny poziom co w Polsce, choć należy pamiętać o różnej sile nabywczej portfela Polaka, Niemca, Francuza czy Austriaka. Zaś z krajów bliższych nam ekonomicznie, to np. w Chorwacji opłata za smartfon wynosi 1,32 euro, czyli ok dwukrotnie taniej niż w Polsce za urządzenie w cenie 1 tys. zł. 

Skoro można kopiować legalnie, twórcom przysługuje rekompensata - a OZZ zajmują się jej podziałem.

To wszystko oczywiście przy założeniu, że majowa wersja opłaty reprograficznej będzie ostateczna i wejdzie w życie za pół roku. Już nie raz wprowadzenie było niemal pewne, a w zeszłym roku mieliśmy praktycznie taką samą sytuację jak obecnie, gdy wprowadzenie rozporządzenia zostało oficjalnie ogłoszone wraz z terminem jego obowiązywania od stycznia 2026 r. Czy tym razem rozporządzenie wejdzie w życie? Tego nie wiemy - ale jeśli historia czegoś nas uczy, to tego, że w sprawie opłaty reprograficznej nic nie jest pewne, dopóki nie pojawi się w Dzienniku Ustaw.

Spodobało Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Pokaż / Dodaj komentarze do:

Opłata reprograficzna wchodzi w życie. Archaiczna już na starcie?
 0