Autor artykułu: Jacek Winkler
Każdy z nas od czasu do czasu powinien usiąść i przyjrzeć się swojemu budżetowi i choć temat nie należy do najbardziej ekscytujących, potrafi przynieść bardzo konkretne korzyści, jeśli zapuściliśmy się w tym temacie, a szczególnie wtedy, gdy wiele wydatków zostało ustawionych lata temu i od dawna działają w tle. Płacimy, korzystamy i nawet się nad tym nie zastanawiamy. Później okazuje się, że przez miesiące lub nawet lata pieniądze regularnie wypływają z konta na usługi, które już dawno przestały być najlepszym wyborem, czy nawet wyborem z którego korzystamy tak regularnie jak niegdyś. Oto mój przypadek, którego powinniście unikać.
Nawet jeśli nasze dochody pozwalają spokojnie opłacać wszystkie rachunki, marnowanie ciężko zarobionych pieniędzy trudno uznać za rozsądne. W czasach, gdy spora część codziennych wydatków dotyczy usług cyfrowych, właśnie od nich warto rozpocząć taki audyt (i dlatego, że ITHardware to nie jest portal finansowy, gdzie takie budżety powstają w oparciu o wszystkie wydatki, dlatego jedzenie, hobby czy wakacje zostawmy innym).
I żeby to było jasne – przypadek, który tu zobaczycie jest indywidualny i ma na celu wyłącznie zwrócić uwagę na sytuację, która może dotyczyć również was, a nie konkretnie wskazywać, gdzie należy ciąć w celu optymalizacji. Każdy musi przyjrzeć się swoim planom we własnym zakresie. No to jedziemy.
Co proszeeeee?! Chyba Pani żartuje?!
Największy problem z usługami cyfrowymi polega na tym, że pojedyncze kwoty wydają się nieistotne. Trzydzieści złotych tutaj, czterdzieści tam, kilkanaście złotych gdzieś indziej. W skali miesiąca nie robi to wielkiego wrażenia i wielu z nas dochodzi do wniosku, że przecież nawet tego nie odczuwa w portfelu, więc wygrywa wygoda powiązana z brakiem poświęcania temu czasu.
Prawdziwe zaskoczenie przychodzi dopiero wtedy, gdy spojrzymy na całość, w ogólnym rozrachunku, po dodaniu wszystkiego i pomnożeniu razy dwanaście w celu uzyskania rocznych obciążeń domowego budżetu. A tu, jak się okazało również i u mnie, panuje totalny bajzel, który po przeprowadzeniu tego miniaudytu, wzmógł we mnie dalszą chęć optymalizacji, a nie jedynie pisania o tym dedykowanego artykułu sponsorowanego.
Aktualnie opłacam kilka usług cyfrowych, a w ich skład wchodzą:
- Abonament komórkowy,
- Abonament internetu stacjonarnego,
- Abonament telewizyjny,
- Subskrypcje streamingowe (czasem nawet x4 w skali miesiąca).
W moim przypadku abonament telefoniczny kosztuje 30 zł miesięcznie. Otrzymuję nielimitowane rozmowy, SMS-y i MMS-y oraz... 15 GB internetu 5G. Umowa została zawarta dawno temu i przez lata praktycznie o niej nie myślałem, bo ani nie oglądam filmików z cukierkowymi kotkami (poza domem), ani nie używam żadnych TikToków, ani tym bardziej nie jestem „Smartfonowym Power Userem”, jak to mają w zwyczaju robić młodsi użytkownicy, szczególnie szeroko pojętych mediów społecznościowych, gdzie 15 GB pakietu może zniknąć w jeden dzień, a nie jeden miesiąc.
Tutaj jednak trzeba przyznać, że wielokrotnie zdarzały się dopłaty, więc te 30 zł to abonament podstawowy, bo po przekroczeniu „darmowych” 15 GB, płaciłem kilka groszy za dodatkowe transfery. Tu 5 zł, tam 6 zł. Ogólnie widać ewidentnie, że ten abonament został stworzony w archaicznych warunkach i należy się nad nim pochylić, bo skoro za 30-35 zł mogę otrzymać lepszą ofertę, dlaczego z niej nie skorzystać, prawda?
Internet domowy to jest moje narzędzie do zarabiania pieniędzy. Kosztuje mnie 84,99 zł miesięcznie z rabatami. To łącze o przepustowości 600 Mb/s, które pamięta jeszcze czasy przejścia z ADSL i Neostrady (tak, tak, dziecko Neostrady) do klasycznej sieci kablowej. Światłowodu nie ma, a opóźnienia na poziomie około 50 ms przypominają, że technologia zdążyła już pójść do przodu, a przecież nie po to inwestowaliśmy grube miliony w infrastrukturę, żeby teraz z niej nie korzystać i być skansenem technologicznym zza Odry. Z jednej strony wystarcza, a z drugiej – jak zresztą w poprzednim przykładzie – zmusza jednak do zastanowienia się, czy nie lepiej przejść po prostu na lepszą technologię (i tańszą, ale o tym później), jaką jest światłowód.
Do tego dochodzi telewizja za 50 zł miesięcznie. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam liczby dostępnych kanałów, bo oglądam głównie programy publicystyczne w tle, jako swoiste podcasty, aby dowiedzieć się kto dzisiaj nazwał kogo i jak w przestrzeni politycznych przepychanek. Do tego dochodzą regularne programy popularnonaukowe oraz wydarzenia sportowe, które są we wszystkich telewizjach komercyjnych i do tej pory to właśnie przez te kilka programów opłacałem abonament.
Na tym jednak lista się nie kończy, bo do typowych usług dostawców, dochodzą jeszcze platformy streamingowe. HBO Max (teraźniejszy premium) to 20 zł miesięcznie dzięki starej promocji dla wieloletnich użytkowników (teraz jest za 30 zł dla nowych użytkowników i to w pakiecie bieda bez Full HD). Amazon Prime po ostatniej podwyżce kosztuje 69 zł rocznie (niecałe 6 zł miesięcznie), a Disney+, który pojawia się u mnie okresowo, zwykle wtedy, gdy mam ochotę wrócić do „Z Archiwum X”, kosztuje 35 zł.
Po przeliczeniu wszystkiego, tam dochodzi jeszcze jeden streaming za 7 dyszek, okazuje się, że miesięcznie wydaję około 300 zł. W skali roku daje to jakieś 3600 zł, z czego lwia część to abonamenty dostawców usług i leżące odłogiem serwisy streamingowe, bo „mogą się przydać”.
I tutaj pojawia się najciekawsze pytanie. Czy naprawdę korzystam ze wszystkich tych usług w stopniu uzasadniającym taki wydatek? Jeśli mam być szczery i zapaść się ze wstydu pod ziemię, odpowiedź brzmi: absolutnie nie.
Nie oglądam codziennie HBO Max. Disney+ aktywuję okazjonalnie. Amazon Prime również nie jest usługą, z której korzystam bez przerwy. Mimo to abonamenty są regularnie opłacane z przerwami u niektórych. Dla wygody. To właśnie ta wygoda, a niektórzy powiedzą wręcz brak kontroli, powoduje, że wielu użytkowników przestaje zauważać regularne odpływy pieniędzy z portfela. Kilka drobnych płatności miesięcznie wydaje się niegroźne. Zsumowane zaczynają wyglądać zupełnie inaczej. I nie będziemy zaczynać tematu „dzielenia kont”, z oczywistych względów.

Konsoliduję wydatki i szukam oszczędności
Po wykonaniu takiego audytu zacząłem się zastanawiać, czy nie da się tego wszystkiego uprościć i najlepiej przy tym zaoszczędzić trochę kaski. Im dłużej analizowałem własne rachunki, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że największym problemem nie jest nawet wysokość pojedynczych opłat, ale ich rozproszenie.
Jedna umowa tutaj, druga tam, osobne logowania, osobne rachunki i osobne terminy płatności. Właśnie dlatego zainteresował mnie program Usług Łączonych, gdzie na potrzeby tego artykułu przeanalizowałem temat na przykładzie marki Plus i Polsat Box.
W moim przypadku najbardziej naturalnym wyborem byłoby połączenie internetu, telewizji i abonamentu komórkowego, bo tego potrzebuję przede wszystkim. I co? I olśnienie.
Plus w swojej ofercie ma kilka wariantów, ale mi idealnie przypasował abonament M. Dzięki temu otrzymałbym światłowód o prędkości do 600 Mb/s za 40 zł miesięcznie (przez dwa lata po rabatach), telewizja od Polsat Box kosztowałaby kolejne 40 zł miesięcznie (przez dwa lata po rabatach), a abonament komórkowy kosztowałby 30 zł miesięcznie przez dwa lata po rabatach.
Wychodzi na to, że za wszystkie potrzebne mi usługi zapłacę miesięcznie 110 zł, czyli 55 zł mniej (realnie o 60 zł, bo liczę 35 za komórkę przez dopłaty, aby być rzetelnym), aż 33-35% taniej. W skali roku daje to 660 zł, które zostają na moim koncie. No tylko problem polega na tym, że moje aktualne usługi są nie tylko droższe, ale również… gorsze.
Najważniejsza zmiana dotyczyłaby internetu w ramach abonamentu komórkowego. Zamiast 15 GB miałbym do dyspozycji aż 180 GB danych, nielimitowane rozmowy, SMS-y i MMS-y, dostęp do sieci 5G oraz roaming w Unii Europejskiej, więc nie musiałbym czasami dopłacać za przekroczenie limitu. Drugą ważną zmianą jest internet stacjonarny, bo w ofercie Plusa jest światłowód, więc zakładam, że ping zmalałby z ok. 50 ms do zapewne ok. 13 ms, czyli dodatkowa korzyść.
Na tym możliwości się nie kończą. W ramach programu Usług Łączonych można także przejść z wariantu M do wariantu L. Za dodatkowe 40 zł miesięcznie wszystkie wybrane usługi zyskują wyższy standard. Oznacza to między innymi światłowód do 1 Gb/s, większą liczbę kanałów telewizyjnych (w tym promocyjnie do Eleven Sports) oraz nielimitowany dostęp do internetu mobilnego. Jeśli ktoś potrzebuje właśnie takiego pakietu, można z niego skorzystać z dodatkowym rabatem.

Streaming, czyli studnia bez dna
W przypadku serwisów streamingowych sytuacja wygląda równie ciekawie.
Jeżeli ktoś nie posiada żadnych platform VOD, może dobrać dwa wybrane serwisy za 40 zł miesięcznie. Wśród dostępnych opcji znajdują się między innymi SkyShowtime, Apple TV, HBO Max i Disney+.
To oznacza, że dwa serwisy, za które na rynku zapłaciłbym obecnie około 65 zł miesięcznie za podstawowy pakiet (czyli wspomniane HBO Max i Disney+), mogę mieć za 40 zł, tyle że z HBO Max w pakiecie premium, który sam normalnie kosztuje 50 zł.
Konkluzje i bicie się w pierś
Po wykonaniu własnego audytu bez większego problemu doszedłem do jednego wniosku. Przez lata pozwoliłem, aby pieniądze stopniowo przeciekały mi przez palce.
Nie dlatego, że płaciłem za wyjątkowo drogie usługi. Problemem było raczej przywiązanie do starych umów oraz brak regularnej weryfikacji tego, czy nadal są one opłacalne.
I choć jest to artykuł sponsorowany, po przeanalizowaniu własnych wydatków naprawdę przekonałem się do idei konsolidacji usług w jednym miejscu, bo jakoś nie widzi mi się przepłacanie 660 zł rocznie za samych dostawców internetu/telewizji/telefonii, będzie mi to ciążyć, bo nie lubię świadomego marnotrawienia kapitału, nawet kiedy nie jest duży. W moim przypadku oznaczałoby to niższe rachunki, mniej formalności oraz dostęp do zdecydowanie nowocześniejszych rozwiązań. Po prostu nie widzę większego sensu przepłacać za usługi, jeśli mogę otrzymać podobny lub wyższy poziom za mniejsze pieniądze.
Oczywiście oferta wybrana przeze mnie nie musi być idealna dla każdego, dobierałem ją w oparciu o własne wymagania. Dobra wiadomość jest taka, że wariantów Usług Łączonych jest znacznie więcej. Wystarczy poświęcić kilka minut na konfigurację własnej oferty na stronie internetowej Plusa i dopasować ją do swoich potrzeb. Czasem właśnie takie pięć minut wystarcza, aby odzyskać kontrolę nad wydatkami, które przez lata pozostawały niezauważone.
*Artykuł sponsorowany powstał we współpracy z Plus
Spodobało Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Pokaż / Dodaj komentarze do:
Zrobiłem audyt wydatków na usługi cyfrowe. Nie popełniaj moich błędów!