Friedrich Merz ponownie wzywa do zakończenia anonimowości w sieci. Kanclerz daje jasno do zrozumienia, że wolność słowa nie jest wartością, którą podziela i chce znać nazwiska internautów.
We wtorek Merz przemawiał w Kancelarii Premiera w Berlinie, gdzie przyjął laureatów 61. federalnego konkursu badawczego dla młodzieży „Jugend forscht” i odpowiadał na ich pytania. Wydarzenie było transmitowane na żywo przez rząd.
Jeden z uczestników zapytał Merza o wprowadzenie wymogu podawania prawdziwego imienia i nazwiska w internecie oraz o to, jak można to pogodzić z pracą informatorów, dziennikarstwem śledczym i potrzebą komunikowania się w niektórych przypadkach anonimowo.
Odpowiedź Merza w ogóle nie odnosiła się do kwestii dziennikarstwa. Mówił raczej o trudnościach w ustaleniu, kto stoi za danym przekazem w internecie i kogo należy pociągnąć do odpowiedzialności, a także o rozprzestrzenianiu się wiadomości generowanych przez boty.
„Proszę, niech nikt nie przychodzi do mnie z wolnością słowa. To nie ma nic wspólnego z wolnością słowa” – powiedział Merz. Wolność słowa to „w najlepszym razie” libertariańskie rozumienie polityki w niektórych częściach Stanów Zjednoczonych, „którego osobiście nie podzielam”.
Dodał, że społeczeństwo liberalne musi być w stanie chronić swoich obywateli „przed fałszywymi informacjami, przed poniżeniem i dyskryminacją”. Merz, który „dorastał w świecie analogowym”, powiedział, że często zastanawia się, czy świat cyfrowy powinien mieć „zupełnie inne zasady”. Dodał, że w starym świecie, jeśli gazeta opublikowała fałszywą informację, można było podjąć przeciwko niej działania, co stwarzało pewną „higienę”.
Merz nie zgadza się, że w świecie cyfrowym ludzie mogą używać pseudonimów, skrótów lub zmyślonych nazwisk, „i mamy ogromne trudności z ustaleniem, kto za to odpowiada. Czy to platformy, czy sami autorzy? A jeśli tak, to kim właściwie są autorzy?”
Wspomniał o „szorstkości manier” i roli botów w generowaniu wiadomości. Według Merza, konkurent jego partii (CDU), AfD, skorzystał w Saksonii-Anhalt z wiadomości generowanych przez boty. Jak stwierdził Merz, ochrona praw osobistych i „naszej demokracji” jest niezbędna. Przyznał, że istnieją uzasadnione powody zezwalające na anonimową wypowiedź, ale nie wymienił żadnego z nich.
Warto również zauważyć, że Merz nie zapowiadał żadnej nowej polityki, projektu ustawy ani prawa, lecz odpowiadał na pytanie zadane przez nastolatka. Jednak to nie pierwszy raz, kiedy Merz opowiada się za zmuszaniem ludzi do używania prawdziwych nazwisk w internecie.
„Chcę widzieć prawdziwe nazwiska w internecie. Chcę wiedzieć, kto mówi” - powiedział w lutym kanclerz.
Powiedział wówczas, że w polityce debaty odbywają się przy użyciu prawdziwych nazwisk i „oczekuję tego samego od każdego, kto krytycznie ocenia nasz kraj i nasze społeczeństwo”.
Niemiecki kodeks karny już teraz karze za zniewagę, złośliwe plotki i zniesławienie, a politycy cieszą się jeszcze lepszą ochroną. Brakuje jednak prawa, które ułatwiłoby identyfikację osób stojących za każdym wpisem.
Choć Merz mówił o potrzebie ochrony „naszej demokracji” przed fałszywymi informacjami, nie sprecyzował, kto decyduje, co jest fałszywe. Osobiście złożył setki skarg karnych na przestrzeni lat, a jego partia i inne partie co roku kierują do prokuratury tysiące wpisów w mediach społecznościowych. Policja przeprowadza setki nalotów w związku z obelgami i domniemaną mową nienawiści. Przypomnijmy, że ju w 2024 roku pokazywaliśmy skalę tego problemu w niemiecjiej polityce. Jeśli nic się dotąd nie zmieniło to Partia Zielonych przoduje w ilości pozwów o zniesławienie m.in. w związku z ośmieszaniem ich w memach. W 2024 roku takich pozwów przeciw obywatelom złożono ponad 1300.
Innymi słowy, mechanizm jest już gotowy i jedyne, co trzeba zrobić, to ułatwić identyfikację potencjalnych celów.
Spodobało Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Pokaż / Dodaj komentarze do:
Kanclerz Niemiec chce końca anonimowości w internecie. „Chcę wiedzieć, kto mówi”