Top 5 najlepszych indyków na PGA 2019

Top 5 najlepszych indyków na PGA 2019

Wchodząc na Poznań Game Arena atakowani jesteśmy przepychem, światłami, hałasem. Dookoła błyszczących, zachęcających stoisk bez przerwy pojawiają się rzeczy, na których warto zawiesić wzrok. Twórcy targów dbają także o developerów niezależnych, tworzących małe produkcje, często latami siedząc w kilka osób w ciasnym biurze. Jak zwykle otrzymali oni pod swe władanie osobny pawilon, w którym rozstawiając się koło siebie mogli pokazać prawie osiemdziesięciu tysiącom uczestników PGA 2019, nad czym aktualnie pracują. Dla developerów indie to wyjątkowa okazja, by zebrać odzew od graczy, porozmawiać z nimi i sprawdzić jak ich gra sprawdza się w bojach. Tym bardziej, że widownia na tej imprezie jest szczególnie wybredna, więc jeżeli coś jej się spodoba, to ma spore szanse na wysokie oceny.

Top 5 najlepszych indyków na PGA 2018

Dlatego, podobnie jak w zeszłym roku, spędziłem bardzo dużo czasu w strefie indie, by grać i obserwować jak wybrane tytuły rezonują z innymi. Rozmawiałem z twórcami, próbując ich podpuścić i przetestować, na ile gotowy jest ich produkt. Z tym ostatnim bywało różnie, większość gier od premiery wciąż dzielą długie miesiące. Mimo to, gdy mają dobry pomysł na siebie, łatwo wyczuć kryjący się w nich potencjał - wybrałem więc pięć tytułów, które powinny przykuć waszą uwagę:

Shadow of the Road

5. Shadow of the Road / Another Angle

Patrząc na Shadow of the Road widzimy X-Coma w szatach feudalnej Japonii. Twórcy z Another Angle starają się jednak wykrzesać ze swojej gry o wiele więcej niż tylko to skojarzenie. Przede wszystkim stawia się tutaj na rozbudowaną historię i postaci, które z osobistych powodów stają do walki z Szogunatem. Władcę wspiera brytyjskie konsorcjum East Nippon Company, które produkuje mu niesamowitą broń - np. pająko-czołgi. Jakby tego było mało, na naszej drodze spotykamy też przeciwników o nadludzkich zdolnościach. Ten miks wydaje się naprawdę działać, tym bardziej, że mimo wczesnej fazy prac, środowisko i interfejs użytkownika wyglądają bardzo dobrze. Oczywiście balans i animacje wciąż są do poprawy, jeżeli jednak uda się nieco podnieść dynamikę starć i ogólną wartość produkcyjną, to będzie to gra, w którą warto będzie inwestować swój czas. Na pewno będę jej po cichu kibicował, bo turowe strategie zasługują na powrót do łask. Jeżeli byliście na PGA i nie podeszliście do tego stoiska, to wiele Was ominęło.

Climbros

4. Climbros / Toucan studio

O Climbros trudno napisać coś innego niż to, że jest szalone. Gra o wspinaczce wysokogórskiej, w której robimy niesamowite wygibasy, ryzykowne skoki i cały czas dbamy o licznik punktów, nabijając combosy – czy to nie brzmi cudnie? Co prawda jest to dwuwymiarowy, mocno pikselowy tytuł, jednak czuć w nim powrót do najlepszych czasów Amigi, a nie do kolejnego sztampowego pixel-artu. Najwięcej dzieje się tu podczas kooperacyjnych szaleństw, gdy jesteśmy połączeni liną z innym graczem. Mieszanka tempa, losowości i dużego ryzyka towarzyszącego każdemu manewrowi generuje wtedy prawdziwą fontannę śmiechu. Czasami naprawdę niewiele potrzeba do tego, by dobrze się bawić i Climbros to udowadnia. Poza tym, wypada docenić samą tematykę, która daleka jest od naśladownictwa. Choć to w zasadzie dwuwymiarowa platformówka w innych szatach, to gra się w nią jak w coś zupełnie nowego. Dlatego pamiętajcie o produkcji Toucan Studio – należy jej się dużo uwagi.

El Hijo

3. El Hijo / Honig studio

Zdecydowanie najładniejsza i najbardziej urokliwa gra niezależna, jaką widziałem na PGA 2019. El Hijo to opowieść w realiach Dzikiego Zachodu, nie opowiada jednak o kowbojach, Indianach i pościgach, ale o chłopcu, który stara się odnaleźć swoją matkę. By to zrobić musi wydostać się z klasztoru, w którym dzieci – choć są pod opieką – muszą ciężko pracować. Rozgrywka sprowadza się do chowania w cieniu, przemykania między oponentami i badania otoczenia. Gra jest pozbawiona przemocy, a jej oprawa przypomina mieszankę Rime z animacjami w stylu Smerfów. Ciepło, plastyczność i ciekawa tematyka wyróżniają El Hijo z zalewu innych produkcji, w których developerzy indie stawiają na akcję i zbieranie przedmiotów, nie potrafiąc zaangażować gracza. Tutaj jest inaczej – sterowanie małym chłopcem, który musi poradzić sobie w wielkim świecie, kryjąc się przed dorosłymi, świetnie buduje historię. I robi to nienachalnie, w krótkich komunikatach. W tym jak wygląda środowisko. W tym co po prostu widzimy na ekranie. Oczywiście nie jest to pod względem gameplayu nic nowego, ale w takiej formie robi bardzo dobre wrażenie.

Through the Darkest of Times

2. Through the Darkest of Times / Paint Bucket Games

Bardzo lubię, gdy gry niezależne sięgają po tematy, których nie ruszają duże studia. „Chodzenie i strzelanie” zostawmy tym wszystkim megakorporacjom, których nie stać na nic więcej. Ekipy złożone z kilku osób niech robią tytuły pokroju Through the Darkest of Times. Co to właściwie jest? To strategia, kręcąca się dookoła zarządzania zasobami. Zasoby to ludzie, którzy wstępują do naszego ruchu oporu i mają różne talenty. A komu się opieramy? Hitlerowi. Gdzie to robimy? W Berlinie. TtDoT prezentuje historię, o której często zapominamy. Nie wszyscy Niemcy popierali partię. Wielu z nich buntowało się i prowadziło działania mające osłabić Nazistów w ich własnej stolicy. Ekipa Paint Bucket Games ma w tej kwestii wiele do przekazania, bo jest to niemieckie studio. Tym bardziej warto podkreślić, że nie boją się i używają w swej grze symbolu tragicznej przeszłości swego kraju – swastyki. Gratuluję pomysłu, ale wyróżniam ten tytuł nie tylko ze względu na niego. Sama rozgrywka przypominająca mieszankę gry planszowej, paragrafówki i lekkiego visual novel, pełna jest wyborów i elementów zaskoczenia. Dbając o wzrost wpływów ruchu oporu musimy wysyłać naszych ludzi na niebezpieczne misje, zdając sobie sprawę z tego, że wielu z nich może nie wrócić do bazy. Dzięki losowości zdarzeń i dobrze prowadzonej fabule, pełnej wstawek czysto historycznych, możemy się poczuć jakbyśmy naprawdę robili coś ważnego i brali udział w walce z reżimem, będąc w samym jego centrum.

Hot Shot Burn

1. Hot Shot Burn / Flaming Flamingo

Nie było na całym PGA 2019 drugiego stoiska, na którym śmiałbym się tyle, co na Hot Shot Burn. Gra jest banalną arenową strzelaniną, z widokiem z góry i kreskówkową grafiką. Do dyspozycji mamy tylko dwa przyciski i giniemy od jednego pocisku. Jest to jednak niezwykle emocjonujące, gdy co chwila trafiamy na nowe plansze, które atakują nas kolejnymi niespodziankami, a z każdej strony zmierza w naszym kierunku przeciwnik rządny zwycięstwa. Kiedy siadałem do tej gry, na miejscu było już trzech, na oko jedenastoletnich graczy. Każdy ściskał pada i czekał aż rozpoczną się zmagania na arenie. I gdy się już zaczęły, to szybko zdałem sobie sprawę z tego, z jak prostą grą mam do czynienia. W zasadzie nie było w niej nic zaskakującego, ale jej kolory, wariujący licznik punktów i klimat zmagań sprawił, że wszyscy dookoła krzyczeli, śmiali się, przybijali piątki i komentowali wspólne akcje. Granice wiekowe całkowicie zaniknęły, a dzięki bardzo szybkim rundom nawet osoba umierająca w przeciągu pierwszych pięciu sekund (czytaj: ja) nie mogła narzekać na nudę. Moment, w którym nieznany mi uczeń podstawówki, pilnowany przez mamę stojącą z tyłu, po finale rozgrywek podszedł podać mi rękę po zwycięskim meczu, był wyjątkowy. Może jednak o nic innego w graniu nie chodzi? Może wystarczy tylko usiąść razem przed ekranem, ścisnąć pada, trochę pokrzyczeć, pośmiać się i zwyczajnie cieszyć z każdej akcji. Gry zbierające cztery osoby z padami w ręku przed jednym telewizorem to najczystsza forma cyfrowej rozrywki. Utwierdziło mnie w tym Hot Shot Burn, któremu za te świetne wspomnienia należy się pierwsze miejsce w zestawieniu. Gdy już się ukaże, polecam zakupić i zaprosić do siebie znajomych. Przeżyjecie wtedy pamiętny wieczór.

*

Targi oferowały jeszcze dziesiątki innych produkcji indie, wśród których dominowało nie tylko szaleństwo, ale i oklepane motywy. Dlatego, nieco z przekory, nie umieściłem w zestawieniu żadnej gry o survivalu/z wyraźnymi elementami survivalu, bo były do siebie tak podobne, że aż trudno było o tym mówić ich twórcom. Chyba nie po to zostaje się twórcą niezależnym, by robić to co inni, prawda? Choć w sumie mogę się mylić – zostaje się nim po to, by robić to, co się chce. W moich oczach oryginalność, pomysł i klimat to jednak główne wyznaczniki. Dlatego mocno kibicuję piątce gier wypisanych powyżej (każdej tak samo, niezależnie od miejsca) i mam nadzieję, że uda im się osiągnąć odpowiedni sukces.

Pokaż / Dodaj komentarze do: Top 5 najlepszych indyków na PGA 2019

 0