W serii wywiadów, jakie udzielił w ostatnich tygodniach, Daniel Vavra opowiedział o kulisach tworzenia drugiej części gry, tłumacząc między innymi, że jedną z postaci i relacji homoseksualnych umieścił w grze… z obawy przed oskarżeniami o seksizm.
Podczas marcowego występu w popularnym czeskim programie „Show Jana Krause”, zapytany o „romantyczne” opcje dostępne w Kingdom Come: Deliverance II, Vávra z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że gracze będą mogli wybierać „zarówno chłopców, jak i dziewczęta”. Gdy prowadzący zażartował, że opcja homoseksualna go nie interesuje, Vávra odparł ironicznie: „Cóż, może to pomogło nam nie zostać nazwanym seksistami”.
Strach przed "przebudzoną" krytyką
W kolejnym wywiadzie – tym razem dla czeskiego programu Insider – Vávra rozwinął temat presji ideologicznej, z jaką mierzy się twórca gier. Przyznał, że od premiery pierwszej części gry żył w strachu przed tym, jak zostanie odebrany przez dziennikarzy woke i środowiska medialne. „Miecz Damoklesa wisiał nad moją głową przez długi czas” – mówił. – „Bałem się, że znowu mnie dorwą, jak za pierwszym razem – wtedy zarzucono nam brak różnorodności. A ja nie byłem zbyt powściągliwy w swoich wypowiedziach w czeskim internecie. Dziś, w erze automatycznych tłumaczeń, każdy może to łatwo zrozumieć. I myślałem: to tylko kwestia czasu, zanim znów stanę się celem i zostanę przedstawiony jako jakiś trumpista czy wróg postępu”.
Twórca przyznał wprost, że bał się, iż może zostać zwolniony z Warhorse Studios za swoje poglądy – lub raczej za to, jak zostaną one zinterpretowane. „Byłem gotów się z tym pogodzić” – stwierdził bez ogródek.
Od oskarżeń o seksizm po zarzuty o „lewactwo”
Vávra, który podczas promocji pierwszej gry był krytykowany za zbyt białą i męską wizję średniowiecznej Europy, przyznał, że tym razem... dostosował się do oczekiwań części odbiorców. „Umieściliśmy w grze rzeczy, które według niektórych powinny się tam znaleźć – ale tak, by pasowały do realiów historycznych” – powiedział. Paradoksalnie, jak twierdzi, te zmiany sprawiły, że teraz inna grupa – „anty-przebudzona” – zarzuca mu „lewackość” i ulega „ideologii postępu”.
„Dla jednych jesteśmy teraz superorzebudzeni, dla drugich jesteśmy konserwatystami. A ja sam czuję się coraz bardziej jak centrysta, któremu cała ta wojna kulturowa po prostu obrzydła” – podsumował.
Samocenzura i konsultacje z ekspertami
Jak wynika z późniejszych wypowiedzi Vávry, proces tworzenia gry obfitował w konsultacje ze specjalistami od religii, mniejszości i historii. Scenariusz był sprawdzany przez zewnętrznych ekspertów, by uniknąć przedstawienia jakiejkolwiek grupy w sposób potencjalnie obraźliwy. „Wszystko weryfikowaliśmy – od Żydów, przez chrześcijan, po mniejszości etniczne” – wyjaśnił. – „Niektóre rzeczy usunęliśmy na ich sugestię. Ostatecznie gra jest lepsza, ale tak, to była forma samocenzury”.
Producent gry, według Vávry, nie ingerował bezpośrednio w zawartość, ale studio i tak działało ostrożnie. „Dziś trzeba naprawdę uważać, jak coś przedstawiasz. Żyjemy w epoce przewrażliwionych ludzi” – mówił bez ogródek.
Obie strony barykady go atakują
Co ciekawe, Vávra stwierdził, że zarówno „przebudzeni dziennikarze”, jak i skrajni chrześcijanie są – jego zdaniem – niemal identyczni pod względem radykalizmu. Obie grupy oskarżają go o coś zupełnie przeciwnego, ale ich styl ataku jest, jak mówi, równie brutalny. „To są ci sami ludzie, tylko przesunęli się z jednej strony wahadła na drugą” – powiedział. – „Wczoraj znowu ktoś zarzucił mi, że nie ma w grze wystarczająco kościołów, więc jestem satanistą. Ale ta gra nie jest chrześcijańska – ona jest po prostu średniowieczna. Chrześcijaństwo w niej jest, bo było wtedy wszędzie”.
Porównanie z „The Last of Us: Part II”
Vávra odniósł się również do porównań między jego grą a The Last of Us: Part II, często krytykowaną – i chwaloną – za silne wątki progresywne. Stwierdził, że tam „przebudzenie” jest bardziej oczywiste i bardziej go raziło. „Po pięciu minutach ktoś wygłaszał do mnie kazanie w grze. Pomyślałem sobie: 'Jezu Chryste'. Dlatego nawet nie skończyłem drugiej części” – przyznał, choć gospodarz programu próbował bronić tytułu Naughty Dog, twierdząc, że mimo obecności lesbijek i politycznych wątków „gra działa i robi wrażenie”.
Między historią a współczesną ideologią
Na zakończenie, Vávra zapewnił, że jego zamiarem nigdy nie było robienie manifestu politycznego. „To po prostu opowieść o średniowieczu, przedstawiona tak, jak moim zdaniem wyglądała. Jeśli ktoś widzi w tym dzisiejsze przesłania polityczne – to jego interpretacja, nie moja” – stwierdził.
Spodobało Ci się? Podziel się ze znajomymi!
Pokaż / Dodaj komentarze do:
Twórca Kingdom Come bał się zemsty lewicowych wokeistów. Chcieli go dorwać za poglądy