Recenzja Red Dead Redemption 2 – największego dzieła Rockstar

Recenzja Red Dead Redemption 2 – największego dzieła Rockstar

Posłuchaj mnie - Audio

Kiedy obcujemy z grą Rockstar, zawsze możemy być pewni dwóch rzeczy – brutalności i genialnego doboru muzyki, tak jest też w tym przypadku. Każdy utwór słyszany w Red Dead Redemption 2 jest niczym hołd dla złotej ery westernów, często otwarcie dyskutujący z tym, co dzieje się na ekranie. Utwory pełne melancholii i tęsknoty do starych dobrych czasów są tu tłem dla wyczynów bezwzględnych bandytów. Najwięcej gra zawdzięcza jednak setkom aktorów, którzy użyczyli swych głosów po to, by każda z przemawiających postaci brzmiała jak wyciągnięta z epoki Dzikiego Zachodu. Tak jak w przypadku grafiki można się zachwycać każdą spróchniałą deską w płocie, tak cała warstwa dźwiękowa wrzuca nas w świat gry tak mocno, jak się tylko da.

Kiedy obcujemy z grą Rockstar zawsze możemy być pewni dwóch rzeczy – brutalności i genialnego doboru muzyki, tak jest też w tym przypadku.

Z pozoru to tylko dobranie kilku piosenek, połączenie odpowiedniej broni z odpowiednim wystrzałem, zadbanie o to, by kopyta konia inaczej brzmiały na śniegu niż na skałach, w błocie czy na łące... ale znów, gdy otoczymy to wszystko dodatkowymi warstwami, naszym uszom ukaże się gigant. Rozmowy toczone na uliczkach każdego miasta, muzyka dochodząca do nas z pobliskiego Saloonu, przechwalający się rewolwerowiec, który właśnie wygrał pojedynek (o czym wiemy, bo usłyszeliśmy gdzieś z tyłu strzał i po chwili kręcenia kamerą dostrzegliśmy człowieka leżącego w piachu), szlochająca rodzina powieszonego przed chwilą kryminalisty, ptak trzepoczący skrzydłami nad naszą głową, strumień gnający przez wzgórza. Nie ma siły, by oprzeć się temu wszystkiemu i nie poczuć się zatopionym w świecie rozdartym między dziczą a cywilizacją. Ileż to rzeczy odkryłem w Red Dead Redemption 2 tylko dlatego, że usłyszałem coś w pobliżu. Ranny człowiek na drodze, grupa bandytów, poszukujący czegoś wieśniak, galopujące dziko konie itd. To, co w każdej innej grze byłoby oznaczone jako side-quest ikonką na mapie lub wyskoczyłoby nam przed nosem, w RDR2 bez przerwy dzieje się w tle. I choć cały czas są to skrypty, to budują świat tak żywy, że trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł zrobić go lepiej. A przecież w zasadzie możemy to wszystko odrzucić, zaliczać główne misje i ciągle strzelać do bandytów z innych gangów... tyle tylko, że zignorowanie tych wszystkich bodźców dookoła i historii tworzących się na naszych oczach jest niemożliwe. Ten tytuł nie potrzebuje wyskakujących na ekranie wskazówek, blokowania misji poziomem doświadczenia naszej postaci czy zapełniania mapki toną aktywności, by stale nas pobudzać i zachęcać do zejścia ze szlaku. Do tej pory myślałem, że ten poziom mistrzostwa zarezerwowany jest tylko dla The Legend of Zelda: Breath of the Wild, na szczęście jednak są jeszcze inne firmy niż Nintendo, które potrafią zmienić graczy-zaliczaczy-zadań w graczy-odkrywców-nieznanego. A przynajmniej jedna - Rockstar.

Komentarze do: Recenzja Red Dead Redemption 2 – największego dzieła Rockstar