Recenzja The Last of Us Part II – Najokrutniejsza zemsta gier wideo

Recenzja The Last of Us Part II – Najokrutniejsza zemsta gier wideo

Sami jesteśmy na tej plaży - Grafika

Trochę to dziwne, ale najpiękniejsza gra generacji jest szara, brudna i pełna ciemnych pomieszczeń. The Last of Us Part II ukazuje niedorzeczne przywiązanie do szczegółów. Niektóre ujęcia można było wyreżyserować zupełnie inaczej żeby oszczędzić grafikom trochę czasu... ale takie rzeczy w Naughty Dog nikomu nie przychodzą do głowy. Sceny pocałunku czy zdejmowania koszulki, tak że dosłownie przeciąga się i opina na ciele Ellie bez ułamka sekundy kiedy coś się przenika, rozmazuje, łamie, robią mielone z mózgu. Zresztą przez całe 30 godzin gry ani razu nic nigdzie nie wyglądało, ani nie zadziałało źle. Osobny artykuł można napisać wykonaniu kabli i lin: ich fizyka i wściekły realizm tego jak zachowują się po tym gdy gdzieś je rzucimy zmienia szare komórki w gazpacho. Przepiękna wysoka trawa i wnętrza budynków, które opowiadają cały czas historię ludzkich dramatów, przekraczają wskaźniki opłacalności. Połowa elementów TLoU2 mogła być stworzona w niższej jakości, nie powstać, albo nie reagować na nasze ruchy i wciąż byłaby to świetna gra. A jednak postanowiono modelować te wszystkie biurka i łóżka w domach, które zwiedzamy. Projektowanie "na sztukę" wnętrz garaży, przeróżnych stołów, krzeseł, drzwi – rzeczy, które inne studia robią na zasadzie kopiuj+wklej - tu nie ma miejsca. Jedyna gra, która może się równać z tym poziomem pietyzmu to Red Dead Redemption 2.

Dla fanów estetyki postapokaliptycznych Stanów Zjednoczonych, pełnych miast zarośniętych bluszczem i domów opuszczanych w pośpiechu nie da się znaleźć nic lepszego.

The Last of Us Part II recenzja

Postacie wyglądają w zdecydowanej większości przypadków świetnie. To poziom, w którym każda emocja, których jest tu zatrzęsienie – od śmiechu po płacz i zwijanie się z bólu – oddaje dosłownie to co musi, bez żadnych ustępstw. Miejscówki dookoła których toczy się gra są przecudownie zaplanowane i wymyślone tak, by w świecie tworzonym przez inne studia na zasadzie „ma być szaro i brudno, najlepiej niech całość dzieje się w kanałach i hangarach” zmieścić jak najwięcej kolorów. Naughty Dog poświęcało więcej czasu na lokacje, które widzimy przez 10 minut niż wiele studiów na te, w których toczy się cała gra. Przechodzenie przez zakurzone, podniszczone, skruszone zębem czasu sklepy muzyczne, bary, salony z automatami, muzea, wystawy, biurowce oszałamia. Nie ma lokacji w TLoU2 która nie jest zaprojektowana pod konkretny efekt. Zresztą, w tej grze jest nawet synagoga (a w niej szafka z Torą) – tylko po to, by po paru minutach z niej wyjść i nigdy nie wrócić. Dorzućmy do tego naturalistyczne sceny wbijania ludziom ostrzy w gardło, rozbijania czaszek gazrurką, podpalania mołotowem itd. a otrzymamy obraz gry, w której czysto techniczne rzemiosło wyniesiono do rangi sztuki. A przecież jeszcze jest gra świateł i postaci zasłaniające oczy przed naszą latarką... kosmos. Jestem pewny, że miną lata zanim pojawią się gry, które będą mieć podobne przywiązanie do detali, przy tej samej skali. A dla fanów estetyki postapokaliptycznych Stanów Zjednoczonych, pełnych miast zarośniętych bluszczem i domów opuszczanych w pośpiechu nie da się znaleźć nic lepszego. Każda sekunda gry zanurza nas głębiej w ten świat: swą architekturą, wybitnie zaprojektowanymi lokacjami i walką kipiącą krwią.
 

Pokaż / Dodaj komentarze do: Recenzja The Last of Us Part II – Najokrutniejsza zemsta gier wideo

 0