Detroit: Become Human - recenzja gry

Detroit: Become Human - recenzja gry

Kiedy właściciele Xboxów wciąż czekają na jakieś ciekawe produkcje dostępne tylko na tę platformę (lub choćby niedostępne dla posiadaczy PS4), Sony nie marnuje czasu i po raz kolejny udowadnia, czemu udało mu się zdominować obecną generację. Japońska firma właśnie wypuszcza na rynek kolejny w tym roku ekskluzywny tytuł i do świetnego remake’u Shadow of the Colossus, bardzo udanej Yakuzy 6 i kapitalnego wręcz God of War dołącza Detroit: Become Human, czyli długo wyczekiwana gra od studia Quantic Dream. Czy mamy do czynienia z kolejnym hitem dla PlayStation 4, czy może produkcją skierowaną jedynie do fanów nietypowych gier Davida Cage'a? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie najlepiej, jak umiem.

Japońska firma właśnie wypuszcza na rynek kolejny w tym roku ekskluzywny tytuł i do świetnego remake’u Shadow of the Colossus, bardzo udanej Yakuzy 6 i kapitalnego wręcz God of War dołącza Detroit: Become Human

Detroit: Become Human - recenzja gry

Warto zacząć od tego, że David Cage to tak naprawdę jedno z nielicznych nazwisk w branży, które może się poszczycić tak dużą rozpoznawalnością. Ale nic w tym dziwnego, ponieważ francuski reżyser i projektant gier wideo, stojący na czele Quantic Dream, tworzy niepowtarzalne produkcje, które trudno zaszufladkować. Pierwszy raz miałem okazję zapoznać się z jego twórczością w 2005 roku za sprawą kultowego już Fahrenheita, ale największy rozgłos przyniósł mu Heavy Rain, od którego francuskie studio związało się na stałe z Sony i jego platformami. Mówiąc najprościej, gry Quantic Dream określić można mianem interaktywnych filmów, ponieważ charakteryzują się one niespotykaną wręcz filmowością i imponującym wykorzystaniem technik motion-capture, ale też relatywnie niewielkim wpływem gracza na samą rozgrywkę. Przeciwnicy Davida Cage'a mówią wręcz, że jego dzieła to tak naprawdę jedna wielka sekwencja QTE i choć jest w tym nieco prawdy, to sama opinia jest mocno krzywdząca.

Detroit: Become Human - recenzja gry

Deweloper zupełnie się tym jednak nie przejmuje i nie zamierza odchodzić od wypracowanego przed laty schematu - Detroit: Become Human niemal w 100% bazuje na tych samych założeniach w zakresie rozgrywki, co poprzednie produkcje studia. Czy to źle? Przyznam szczerze, że nawet jako fan Quantic Dream kręciłem nieco nosem przy Beyond: Dwie dusze, ale 5-letnia przerwa od ostatniej produkcji Francuzów zrobiła swoje, a Detroit jest też zwyczajnie lepsze od gry, której twarzą była słynna aktorka Ellen Page. Tym razem nie zdecydowano się wprawdzie na promocję znanym nazwiskiem, ale mam wrażenie, że wyszło to grze na dobre, bo dzięki temu budżet został lepiej spożytkowany, a przy okazji udało się zaangażować pokaźną obsadę utalentowanych aktorów.

Detroit: Become Human - recenzja gry

Komentarze do: Detroit: Become Human - recenzja gry