TP-Link Archer C5400X - test high-endowego routera dla graczy

TP-Link Archer C5400X - test high-endowego routera dla graczy

Wygląd

Router otrzymujemy w dużym kartonie, którego ciężar daje nam niezły obraz tego, co czeka nas w środku. Opakowanie tradycyjnie zawiera grafiki produktu, informacje o specyfikacji i zastosowanych technologiach, a znajdujące się na froncie hasło „Dominate the competition” od razu zdradza gamingowy charakter sprzętu. W środku czeka na nas zaś bardzo typowy zestaw, składający się z samego routera, dedykowanych mu aż ośmiu anten, kabla ethernetowego, sporych rozmiarów zasilacza oraz masywnego kabla zasilającego. Oczywiście nie  zabrakło także instrukcji obsługi i to zarówno w formie skróconej (kolorowa broszurka), jak i książeczki, gdzie znajdziemy także sekcję w języku polskim. Wspomnieć trzeba, że zastosowany karton jest bardzo solidny, a w umieszczona w jego wnętrzu wytłoczka pozwoliła na pogrupowanie wszystkich elementów i ich stosowne zabezpieczenie.

Pierwszy szok następuje zaraz po wyjęciu urządzenia z kartonu, a to za sprawą rozmiaru Archera C5400X, który swoimi gabarytami potrafi zawstydzić nawet mini-PC. Otrzymujemy bowiem konstrukcję na bazie kwadratu o boku 24 cm i wysokości 5 cm (bez anten), która waży aż 1,5 kg (z antenami). Router jest więc prawdziwym kolosem, ale z drugiej strony konkurencja z tego segmentu pochwalić może się podobnymi wymiarami, więc nie jest to nic nadzwyczajnego. Niemniej jednak warto mieć przy zakupie na uwadze, że potrzebować będziemy sporo miejsca na rozlokowanie tego sprzętu, któremu towarzyszy dodatkowo niemały zasilacz. Nie od dziś wiadomo jednak, że z wielką mocą wiąże się… duży rozmiar :)

Router zdecydowanie nie stara się ukryć swojego gamingowego rodowodu i już na pierwszy rzut oka zdradza swoje przeznaczenie. Design, choć powstał w oparciu o ten z modelu C5400, wyraźnie się od niego różni i ma zdecydowanie bardziej futurystyczny charakter, który kojarzyć może się ze statkiem kosmicznym wyjętym prosto z Gwiezdnych Wojen. Chodzi tu o sam agresywny kształt, podkreślony przez żłobienia i ostre linie, nietypowe anteny przypominające łopatki śmigieł czy znajdujące się na nich czerwone wstawki. O gustach się jednak nie dyskutuje, więc każdy samodzielnie powinien ocenić, czy podoba mu się taka stylistyka, czy też wolałby coś bardziej subtelnego. My natomiast potwierdzić możemy, że router jest bardzo dobrze wykonany. Co prawda dominuje tu matowy plastik (błyszczące wstawki ograniczono do minimum, no może poza antenami), ale ten jest wysokiej jakości (naprawdę twardy), a poszczególne elementy są ze sobą idealnie spasowane - generalnie trudno się tu czegokolwiek czepiać. Producent zadbał także o stosowną wentylację obudowy, dlatego zarówno wierzch, jak i spód, są perforowane, a gęsta siatka otworów pozwala na dodatkowe chłodzenie wewnętrznych podzespołów.   

Zaskoczeniem okazał się system montażu anten, ponieważ TP-Link postanowił zaoszczędzić nam wkręcania ośmiu łopatek i zastosował system instalacji na wcisk. Jest to bardzo proste i szybkie, choć zrezygnowanie ze standardu RP-SMA pozbawia nas opcji ich wymiany. Poza tym, anteny mocowane są na sztywno, bez opcji regulacji ich kąta nachylenia. Kolejnym elementem, o którym warto wspomnieć, jest podświetlane logo producenta w centralnej części. To robi także za kontrolkę statusu urządzenia i świeci na biało, kiedy router działa normalnie, na czerwono, kiedy traci połączenie z internetem, na pomarańczowo, kiedy gubi łączność z Wi-Fi i pulsuje w białym kolorze, kiedy aktualizujemy firmware. Tym samym producent zrezygnował z tradycyjnych diod kontrolnych i zapewne nie każdemu przypadnie to do gustu, tym bardziej, że kupując tak zaawansowany sprzęt nie nastawiamy się na uproszczenia, a wręcz odwrotnie.

Na przedniej krawędzi znajdziemy trzy przyciski: WPS, Wi-Fi on/off oraz do wyłączenia podświetlenia logo. Z boku, po prawej stronie, umieszczono dwa porty USB 3.0 i szkoda, że producent nie poszedł z duchem czasu i nie dorzucił również USB typu C, co na pewno byłoby bardzo przyszłościowe (jest to jednak również uwaga do konkurentów). Z tyłu czeka bogaty zestaw portów, czyli osiem złącz gigabitowych LAN i jedno WAN (producent oznaczył te porty, które wykorzystać możemy do zagregowanego połączenia - LAN2 i LAN3) - dla porównania w C5400 znajdziemy połowę portów LAN z C5400X. Całości dopełniają dyskretny przycisk reset, Power oraz złącze zasilające. Rzut oka na spód odkrywa zaś cztery gumowane nóżki oraz otwory montażowe pozwalające zawiesić sprzęt płasko na ścianie.

Komentarze do: TP-Link Archer C5400X - test high-endowego routera dla graczy